Właściwie to nie wiem, jak i kiedy się to wszystko zaczęło. Miało być jeszcze 9 mięsięcy do wyprawy, potem pół roku, potem trzy miesiące aż nagle przeprowadzka do Polski, pożegnanie z Norwegią, ukochane wakacje w Słowikowie, znowu Norwegia a potem bycie „farmerem”… nagle musimy się pakować, robić ostatnie szczepienia, bookowac bilety do Warszawy, odebrać Eirin z lotniska i wypić ostatnie piwa na Kontenerach w Poznaniu. Następnego dnia lecimy Emirates Airlines do Dubaju i potem do Pekinu. Ni z tąd ni z owąd wszyscy mówią po chińsku, jakieś dziwne znaczki zamiast „naszego alfabetu” i pierwszy raz w życiu ktoś mi wbija pieczątki do paszportu. CHINY. Pierwsze wrażenie to brak pasów w malutkim vanie, który odwoził nas z lotniska do naszego hotelu w dystrykcie Dongcheng w Pekinie. Brak pasów, masa wypadków drogowych i nasz absolutnie – jak na nasze europejskie standardy- szalony kierowca. Samochody wciskające się bez migaczy przed siebie, zmieniające pasy zależnie, na którym akurat było trochę miejsca, używanie klaksonu zamiast znaków drogowych. Ale ostatecznie vanik zatrzymał się przy zatęchłej uliczce, na której ktoś właśnie chlusnął pomyjami, smród kur i zaduch uderzający w twarz, jesteśmy jednak w stanie zobaczyć neon naszego hotelu, typu hutong- czyli starodawny styl. Po check inie, gdzie zawsze kopiują twój paszport- nakaz odgórny by kontrolować ruch ludzi, trafiliśmy do naszego pokoju- troszkę zatęchły, za oknem mur i kraty, mnie tam to w sumie ucieszyło, bo wiedziałam, że przynajmniej nikt nas nie okradnie włamując się przez okno. To chyba najlepsze oddanie moich pierwszych wrażeń.

Pisząc tę notkę mam już za sobą większość pobytu w Chinach, a więc: Pekin, Xi’an, Nanjing i Szanghaj. Dziś wylatujemy do Ho Chi Minh City, czyli to co my wszyscy w Polsce znamy jako Sajgon!

1 2